Promocja!
David Sedaris

Calypso

„Jestem najważniejszą osobą w życiu niemal każdego, kogo znam, i sporej liczby ludzi, których nigdy nawet nie spotkałem” – rzucił kiedyś David Sedaris i w tej bezceremonialnej szczerości nie ma żadnej przesady. Jego autobiograficzne książki sprzedają się na świecie w milionach egzemplarzy. Sedarisa nie sposób nie lubić – każdy bowiem może się w nim przejrzeć. Ma dar budowania w swoich tekstach intymnej atmosfery i wciągania nas – czytelników – w rozmowy, które prowadzi z członkami rodziny, życiowym partnerem, politycznymi przeciwnikami…

44,90  39,90 

E-book już dostępny w księgarniach internetowych
SKU: 9788395797309 Kategoria: Tag:

Opis

Patron medialny

Calypso dopuszcza nas do swojej prywatności nie tylko wtedy, gdy dworuje sobie z Hugh zamykającego się w toalecie, wołając do niego przez drzwi: „Miałem go w ustach dziesięć minut temu, a teraz to część intymna?”, ale przede wszystkim wtedy, gdy jest do bólu szczery w punktowaniu swoich wad i słabości. Idiosynkrazje i kompulsje innych zawsze traktuje z dobrotliwym humorem, własne – z bezkompromisową kpiną. Sedaris jest ironiczny, nigdy jednak nie jest sarkastyczny – nie uzurpuje sobie pozycji człowieka, który wie.

Calypso wyłania się portret faceta, który osiągnął sukces, cieszy się dobrą pozycją materialną i zdrowiem oraz udanym życiem osobistym, ale, jak większość z nas, ma swoje lęki i obsesje, a przede wszystkim wraz z wiekiem coraz mocniej zdaje sobie sprawę, że bliżej mu do końca niż dalej. Stosuje więc rozmaite strategie służące odsuwaniu tej myśli, w których niejeden czytelnik z pewnością się rozpozna. Każdego wieczoru zbiera rozrzucone po okolicy śmieci, tym samym wyrabiając dzienną normę kroków pod dyktando monitorującego aktywność zegarka. Kompulsywnie wydaje pieniądze, szczodrze obdarowując bliskich prezentami, ale również kupując tony niepotrzebnych ubrań, co kwituje rozbrajająco: „Oczywiście, że mamy jakąś dziurę, którą usiłujemy wypełnić, ale czyż nie wszyscy ją mają? I czy wypełnianie jej beretami wielkości pokrowca na deskę sedesową, choć niepraktyczne, nie jest przynajmniej zdrowsze, niż wypełnianie jej cukrem albo heroiną, albo seksem bez zabezpieczenia z nieznajomymi?”.

Podprogowy, niewypowiedziany lęk przed śmiercią spaja poszczególne teksty książki, które – jak zawsze u Sedarisa – łączą poetykę eseju z poetyką opowiadania i wreszcie scenicznego skeczu. Jak w życiu powaga miesza się tu z humorem, wzniosłość z banalnością, a jak w literaturze z prawdziwego zdarzenia opowieści mają zaskakujące puenty bądź zmierzają w nieoczekiwaną, zgoła surrealną stronę.
Nad krotochwilną, arcyśmieszną Sedarisową opowieścią unoszą się duchy dwóch zmarłych kobiet – matki, która zmagała się z alkoholizmem przy milczącej akceptacji rodziny i siostry Tiffany, cierpiącej na chorobę dwubiegunową, która popełniła samobójstwo. Dystansujący się od bólu dowcipem Sedaris jest zarazem zbyt przenikliwy, by nie zadać pytania: „Czy po każdym samobójstwie krew nie obryzguje nam twarzy?”

Calypso, która została uznana przez wielu krytyków za największe dotychczasowe osiągnięcie pisarza, to opowieść o rodzinie, jaką ma wielu z nas – zawsze nie dość kochającej i zawsze gotowej nam powiedzieć to, co chcemy usłyszeć, by uśmierzyć nasze sumienie. Takiej, która doprowadza nas do szału, lecz zarazem daje nam siłę przez sam fakt, że istnieje. Chyba że ma się skórę cienką jak Tiffany…

* * *

O książce napisali:

Calypso jest jak rodzinne zdjęcie zrobione w najmniej odpowiednim momencie przy użyciu jadowitego flesza, tyleż niefortunne i zabawne, co ostre i prawdziwe. Pisanie Davida Sedarisa ma błyskotliwość i bezczelność stand-upu, jednak to tylko przewrotna forma, w której tym mocniej wybrzmiewa nieznośna ciężkość bytu: miłość, ból, śmierć, strata. To książka pozornie lekka i łatwa, i tak samo złudnie przyjemna.
Dorota Masłowska

W Calypso pod powierzchnią żartów i bon motów bulgocze rozpacz i ból. Gdyby mierzyć umiejętność łączenia słodyczy z goryczą, zaproponowałbym jednostkę Sedaris, gdzie jeden Sedaris to absolutne mistrzostwo.
Maciej Łubieński

Dom na Emerald Isle kupiłem przede wszystkim po to, żeby moja rodzina mogła spędzać więcej czasu razem, zwłaszcza teraz, kiedy mój ojciec jeszcze żyje. Tymczasem cały czas poświęcałem żółwiom. Nie żebyśmy nie robili niczego wspólnie, całą grupą. Któregoś popołudnia rozsypałem prochy matki w falach przyboju za domem. Potem, stając na brzegu z pustą torbą w ręku, zauważyłem na horyzoncie trawler. Łowił krewetki albo jakieś ryby, a nad nim, niczym muchy nad koszem na śmieci, krążyły dziesiątki skrzeczących mew. Pomyślałem o matce i o tym, jak chodziliśmy za nią wszędzie, nawet do łazienki. – Czy możecie mi dać* pięć minut* spokoju? – prosiła zza zaryglowanych drzwi, kiedy szarpaliśmy klamką, opowiadając coś niezwykle ważnego o rajtuzach, zastępstwie w szkole albo że któremuś z nas przyśniła się gadająca rękawiczka. Moja matka umarła w dziewięćdziesiątym pierwszym, ale kiedy włożyłem rękę do plastikowej torebki, dotknąłem jej prochów i dosłownie ją odrzuciłem, poczułem się zdruzgotany, mimo iż minęło już tyle lat.

Później, wyczerpani, wpakowaliśmy się do auta i pojechaliśmy do miasteczka Beaufort. Tam poszliśmy do kawiarni i stanęliśmy w kolejce za młodym mężczyzną. W przymocowanej do pasa kaburze trzymał pistolet i kiedy wziął swoje zamówienie, by usiąść z dwojgiem ludzi, którzy byli chyba jego rodzicami, gapiliśmy się na niego, jak byśmy mieli jedno zbiorowe oko. Nawet dla mojego ojca, który śmieje się z aprobatą na widok naklejek typu NIE MOJA WINA, JA GŁOSOWAŁEM NA AMERYKANINA, istnieje granica i jest nią wnoszenie broni do miejsc, gdzie podają latte. – Co on chce udowodnić? – zapytał.

Facet był mojego wzrostu, może ciut niższy, miał na sobie wyprasowane jeansy. – Ani chybi ma jakiś kompleks – powiedziała moja szwagierka, Kathy.

– Ten kompleks to bycie republikaninem – zasugerowała Lisa.

Ojciec zmarszczył brew nad swoją bezkofeinową kawą. – No już bez przesady.

Przypomniały mi się napisy na t-shirtach, jakie nosili ludzie na molo w pobliżu mojego żółwiowiska. ZAINWESTUJ W METALE CIĘŻKIE – proponował jeden z nich, na którym widniały trzy naboje podpisane MOSIĄDZ, MIEDŹ i OŁÓW. Na innym był pistolet, a nad nim napis CHCESZ PRZYJŚĆ PO MÓJ? LEPIEJ WEŹ SWÓJ.

– Odkąd to w tym kraju rząd przychodzi po czyjąś broń? – zagadnąłem. – Serio pytam, w końcu każdy z nas może teraz pójść do Walmartu i wyjść z pociskiem rakietowym Sidewinder. Coś się w tej kwestii zmieniło?
To była przyjemna chwila, wreszcie wszyscy okazaliśmy się w czymś zgodni.

Newsletter