Kategorie
Blog

Skosem – posłowie Jacka Dehnela do „Calypso”

Czternaście lat temu, kiedy w Polsce ukazała się pierwsza książka Davida Sedarisa, przeszła niemalże bez echa, a wręcz została zjechana przez recenzentów. Wydawca reklamował ją jako „przezabawne dzienniki”, pisarza nazywał „znanym komikiem” i dodawał, że „jest jak gwiazda rockowa świata literackiego”, na której „występy” bilety zdobyć trudniej niż „wejściówki na koncerty Britney Spears”.

Recenzent „Gazety Wyborczej” Ryszard Kozik zżymał się nie tylko – poniekąd słusznie – na slogany reklamowe („Historie niczym z najlepszych sitcomów!” czy osobliwe hasło: „Woody Allen amerykańskiej literatury”), ale i na samą książkę. Nazwał ją „nudną”, pełną „pseudoironicznych żarcików”, a także dowodził, że ta „amerykańska satyra na Amerykę” nie ma znaczenia uniwersalnego.

Nic bardziej błędnego.

Może to właśnie idiotyczna akcja promocyjna typu „Śmiszne dzienniki Benny Hilla, czytelnicy zrywają boki, zobacz zdjęcia” pogrzebała Sedarisa w Polsce na prawie półtorej dekady, bo kompletnie rozmijała się z tym, co jest istotą jego pisania.

Z pozoru, oczywiście, Sedaris ustawia czytelnika w bezpiecznej przestrzeni rozrywki – nie sitcomu, rzecz jasna, ale amerykańskiego stand-upu. Tak czy owak wiemy, że będzie zabawnie, że poruszamy się w oswojonych ramach, bo przecież wszyscy znamy zakres tych dowcipasów, pozycje point, obszary humoru: fizjologia, głupie odzywki, sprawdzone źródła witzów jak „dziwna rodzinka”. A że autor to w dodatku z pochodzenia Grek, więc od razu wyjeżdża Moje wielkie greckie wesele i cały ten jazz. Czy tam zorba.

Tymczasem bardzo szybko orientujemy się, że jest to zastawiona na czytelników pułapka. Ten „stand-up” okazuje się nie tyle łatwą rozrywką, ile porządnie skomponowaną literaturą z nawracającymi refrenami. Zamiast „piosenek, które lubimy, bo je znamy”, Sedaris nieustannie serwuje nam rzeczy wytrącające nas z równowagi i przyzwyczajeń, właściwie na każdym poziomie, nie wpasowuje się w żadne nasze czytelnicze oczekiwania.

Jego „dziwna rodzinka” nie jest żadnym karykaturalnym zbiorowiskiem typów z amerykańskiego pop-przemysłu filmowego, tylko naprawdę głęboko dysfunkcyjną (acz mimo to trzymającą się razem) zbiorowością ludzką, a relacja Sedarisa z jego bliskimi jest złożonym problemem psychologicznym, w którym mota się on, zakopuje i odkopuje na naszych (czytających) oczach. Matka, skądinąd urocza opowiadaczka historii, okazuje się alkoholiczką, a jej choroba jest tajemnicą poliszynela, wokół której buduje się dwuznaczna lojalność rodzeństwa. Despotyczny ojciec może się wydawać tylko kruchym staruszkiem, ale swego czasu wyrzucił własnego syna z domu za homoseksualizm i całe życie daje mu do zrozumienia, że nie jest dość dobry. Jedna z sióstr całymi latami zmagała się z chorobą psychiczną i w końcu popełniła samobójstwo – a reszta rodzeństwa usiłuje sobie z tym poradzić, zastanawiając się, w jakim stopniu są odpowiedzialni za jej śmierć. Nie brzmi to jak typowe tematy żartów stand-upowców. Nie mają one też czytelnych point, nie oferują uniwersalnych rozwiązań dla każdego.

Sedaris porusza się po tematach wstydliwych, bolesnych, intymnych, wyłamując się ze wszystkich schematów i stereotypów. Linii między tym, co wstydliwe, a tym, co bezwstydne, co osobiste i co publiczne, nie wykreśla ani konformistycznie, zgodnie z oczekiwaniem publiki, ani też nonkonformistycznie, dokładnie na przekór im. Nie. Prowadzi tę granicę skosem, tak żeby każdy się potykał.

Potrafi pisać szczegółowo o problemie z biegunką albo o tym, jak sobie kupił woreczek z cewnikiem, pozwalający na długotrwałe podpisywanie książek bez wychodzenia do toalety – ale równocześnie w innych sprawach jest zdecydowanie pruderyjny, do czego się otwarcie (i bezwstydnie) przyznaje. Nie wpasowuje się ani w historię o ojcu despocie i skrzywdzonym, odrzuconym synu, który „kiedyś im wszystkim pokaże”, ani w opowieść o stereotypowej parze bogatych gejów hedonistów, korzystających kompulsywnie z wszystkich legalnych i nielegalnych przyjemności świata, ani też w obrazek idealnej pary, która w kwadrans po legalizacji małżeństw jednopłciowych już stała przed urzędniczką z obrączkami. Jego historie nie są ani po prostu śmieszne, ani wzruszające, ani odpychające; są wszystkim tym po trochu, jak to w życiu.

Zasadą porządkującą świata – i literatury – Sedarisa jest bowiem dziwność. To człowiek, który dziwny był już od dzieciństwa, który przez całe życie wybiera to, co nietypowe; nie tylko szuka dziwnych wydarzeń, ale celowo je prowokuje. Znany jest z zadawania czytelnikom krępujących, wytrącających z równowagi pytań, ubiera się w osobliwe kuloty, a kiedy ze wszystkich skorpuch na plaży wybiera sobie ulubieńca, to dlatego, że ma on na głowie nowotworową narośl. I Sedaris opowie nam szczegółowo, jak powziął zamiar nakarmienia swojego faworyta wyciętym przez ekscentryczną lekarkę tłuszczakiem.

Jest w tym niewątpliwie jakaś współczesna forma dandyzmu czy flaneuryzmu – nie tyle w staranności stroju, ile właśnie w aranżowaniu życia jako kompozycji, ze szczególnym upodobaniem do dysonansów.

Bo nie jest to ta dziwność, która po prostu zachwyca czy zastanawia – nie, to taka, która powoduje naszą niewygodę. Czasem niemalże fizyczną. Podczas lektury chcielibyśmy czasem krzyknąć za matką Hugh: „To niemożliwe, żeby ktoś tak postąpił!”, ale również – co może istotniejsze – „To niemożliwe, żeby ktoś tak postąpił, a potem jeszcze to opisał!”.

Piszę „Sedaris” zarówno o autorze, jak i o bohaterze jego książek, ponieważ jest to zdecydowanie „życiopisanie”; wprawdzie Flaubert mówił „Emma Bovary to ja!”, ale David Sedaris mówi: „David Sedaris to ja!” w sposób zupełnie bezpośredni. Nawet jeśli gdzieś ubarwia, zmienia, podkręca, to całe uniwersum, do którego kompulsywnie powraca w swoim pisaniu, jest uniwersum istniejącym: Hugh (partner-ale-nie-mąż), matka, ojciec, rodzeństwo z rodzinami, praca pisarza, spotkania z czytelnikami, mieszkanie w Paryżu, dom w Normandii, dom w West Sussex, letni dom przy plaży w Karolinie Północnej. Oczywiście można sobie wyobrazić, że jakieś elementy tego życia Sedaris wymyślił i dopisał, ale są one sprawdzalne: jego siostra Amy naprawdę jest słynną aktorką i komiczką, dobiegającego setki ojca można zobaczyć na zdjęciach w necie, podobnie jak angielską śmieciarkę, którą nazwano na cześć Davida. Bez względu zatem na to, jaka część książek Sedarisa jest fikcją, jego intencją jest bez wątpienia, żeby czytelnicy uważali je za reportaż z życia.

Fenomen Sedarisa, jak sądzę, wcale nie polega na tym, że jest zabawny czy popularny, ani na tym, że sprzedał milion egzemplarzy tej czy innej książki. Żartownisiów, również w literaturze, mamy wielu, niektórych całkiem znanych. Jego pisarstwo jest istotne z przyczyn głęboko osadzonych w kulturze początków XXI wieku.

Żyjemy w epoce, która z pozoru głosi kult indywidualizmu, lecz w rzeczywistości to indywidualizm oswojony, zaszufladkowany, który daje się łatwo skapitalizować. Szczytem tego przekazu jest slogan „Bądź sobą, wybierz Pepsi”. Możemy być dziwni, nonkonformistyczni, offowi, jeśli tylko wpasowane jest to w akceptowalną społecznie siatkę podziałów. Chcesz być wampirem? Spoko, tu kupisz fiolkę udawanej lub prawdziwej krwi, tam plastikowe zęby lub jeśli chcesz, to wyspecjalizowany dentysta zrobi ci wampirze nakładki, tu masz sto siedemdziesiąt wzorów importowanych z Chin płaszczy i koronkowych żabotów, a nawet zmyśloną genealogię z Transylwanii. Na sąsiedniej aukcji dokupisz lak do pieczęci i krwawy atrament. W dodatku każda z heterodoksji ma swoją własną ortodoksję, która wyznacza granice dziwności – możesz być wampirem, ale nie możesz do zębów dokładać brokatowego rogu jednorożca. Wampiry-jednorożce nie istnieją.

Tymczasem nasze prawdziwe dziwności są często nie do skapitalizowania; bywają niespektakularne, nie wymagają nakładów finansowych (jak karmienie żółwia własnocielnie wyhodowanym tłuszczakiem) i nie wpisują się w żaden szerszy trend. Nie polegają na wybieraniu Pepsi.

Sedaris przede wszystkim pokazuje, że ludzka dziwność jest powszechna i wymyka się wszelkim zasadom; nawet komercyjny (żerujący na naszej obsesji fitnessu) gadżet do liczenia kroków przy odpowiednim podejściu może nas doprowadzić do czterdziestokilometrowych wycieczek poświęconych zbieraniu śmieci z poboczy dróg. Ale ma to znaczenie również w głębszym wymiarze: historia naszej nieszczęśliwej rodziny nie musi być podobna do sformatowanych historii nieszczęśliwych rodzin. To, jak sobie z nią radzimy, może być swoiste i nieoczekiwane; ostatecznie to nasze własne życie i nikomu nic do tego. Nawet jeśli coś brzmi bezwzględnie, nawet jeśli z trudem przechodzi nam przez gardło.

Sceneria, gadżety, szczegóły mogą tu być amerykańskie, familijne perypetie należą do konkretnej rodziny, rodziny Davida Sedarisa, ale istota jego przekazu jest ogólnoludzka i dotyczy całego zglobalizowanego świata: głosi on radykalne dla XXI wieku prawo do całkowitego nonkonformizmu.

„Bez żadnego przygotowania wypchnięto cię na scenę – mówi nam – co samo w sobie jest wystarczająco upokarzające. Nagrody, które możesz zdobyć, są znikome i przypadkowe. Nie graj nikogo, bądź sobą, wybierz kanapki z dżemem i majonezem. Chyba że chcesz Pepsi, to wybierz Pepsi. Z dodatkowym cukrem, zabielaną mąką albo z kardamonem. To i tak nie ma znaczenia, a przynajmniej dzięki temu możesz opowiedzieć innym, że pepsi zabielana mąką jest paskudna”.