Kategorie
Blog

Katarzyna Okrasko o pracy nad przekładem „Świetlistej republiki”

W Świetlistej republice zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Zachwyciła mnie formuła „fałszywego dokumentu”, próba poprowadzenia reportażowej narracji z punktu widzenia osoby zaangażowanej w wydarzenia, których w rzeczywistości nie było. Narrator opisuje nam miejsce i czas akcji, które są całkowicie zmyślone, żeby opowiedzieć o czymś, co mogłoby się wydarzyć i właściwie wciąż się wydarza. Spodobało mi się to, że od początku wykłada karty na stół, trochę jak w Kronice zapowiedzianej śmierci Marqueza – pozornie wiemy, co się stanie, a potem do końca nie możemy zrozumieć, jak właściwie do tego doszło.

Zawsze, kiedy ląduje mi na warsztacie książka, którą lubię, oblewa mnie zimny pot. Zastanawiam się, czy kiedy zasiądę na polskich literkach uda mi się oddać wrażenie, które zrobił na mnie oryginał. To oklepany banał, ale tłumacz powinien być przede wszystkim uważnym czytelnikiem, chwytającym literackie aluzje i różne tonacje wszystkich wypowiadających się postaci. Świetlista republika aż skrzy się od nawiązań i aluzji, niektóre są wspomniane w tekście, jak Mały Książę, o inne wyobraźnia czytelnika zahacza chcąc nie chcąc, na myśl przychodzi chociażby Władca much czy Jądro ciemności. Nie chciałabym jednak zagłębiać się w interpretacyjne tropy, tylko skupić się na trudnościach przekładowych.

Oprócz aluzji i nawiązań, owych bachtinowskich słów nasiąkających znaczeniami i echami, Świetlista republika – poza głównym narratorem – dopuszcza też głosy różnych bohaterów: nastolatki piszącej dziennik, felietonisty, antropolożki próbującej uporządkować zawirowanie wywołane tym, że w rozwijającym się miasteczku na skraju dżungli (czytaj dzikości) pojawia się nowa kultura. W tym krótkim utworze jest wiele dialogujących ze sobą głosów, próbowałam je zróżnicować, oddać po polsku ich odrębność.

Wydaje mi się jednak, że głównym wyzwaniem były dla mnie wartko płynące, wielokrotnie złożone frazy, naszpikowane nieprzejrzystymi porównaniami i niełatwymi do złożenia w spójny obraz metaforami. Chrzęsty, zgrzyty, zawieszki. Kij w szprychy. Czułam, że narrator chce wywołać w czytelniku coś w rodzaju brechtowskiego „efektu obcości”, zatrzymać go na chwilę pośród płynnych zdań, miałam wrażenie, że ten zabieg formalny współgra z sednem jego opowieści: mówimy o rzeczach, żeby je oswoić, ale słowo nie do końca nam na to pozwala. Język jest ułomny, kiedy chcemy zbliżyć się do prawdy, zastawia na nas pułapki, które to uniemożliwiają. Nawet jeśli dopuścimy wiele rejestrów, wiele rozmaitych ujęć. Pamiętam, że po pierwszej lekturze miałam podobne odczucia jak po obejrzeniu Pikniku pod wiszącą skałą. Lektura przyniosła więcej pytań niż odpowiedzi. I właśnie ten „efekt obcości” starałam się w przekładzie zachować, nie prasować go ani nie oswajać. Mam nadzieję, że w jakiejś mierze to się udało.