Kategorie
Blog

Łukasz Witczak o pracy nad przekładem „Przywiązań”

Książkę Vivian Gornick czytałem, a później tłumaczyłem, z podziwem dla kunsztu autorki, niekiedy z rozbawieniem, a na koniec także z głębokim wzruszeniem. Abstrahując od centralnych dla tej prozy wątków i kontekstów feministycznych, które zostały już naświetlone gdzie indziej, spodobała mi się ona bardzo jako uniwersalna opowieść o trudach samopoznania, o skomplikowanej zażyłości (i zależności) rodzica i dziecka, w której na pewno przejrzy się wielu czytelników bez względu na płeć.

Każdy rodzaj literatury zastawia na tłumacza własne pułapki. Także non-fiction, które wymaga od niego przełożenia na polski obrazów i opisów mających swoje pierwowzory w rzeczywistości, a nie tylko w nieskrępowanej autorskiej wyobraźni.
Co ma zrobić tłumacz z lakonicznym i wieloznacznym stwierdzeniem, że sąsiadki z kamienicy były crude albo fierce? Jak dokładnie wyglądał układ pomieszczeń w mieszkaniu Gornicków w robotniczej czynszówce na Bronksie? Czasem na właściwy trop naprowadza tłumacza szerszy kontekst, inne fragmenty książki. Czasem pozostają mu własne domysły i wyobrażenia. Ostatecznie przekład zawsze będzie do pewnego stopnia przetworzeniem, osobistą interpretacją pojedynczego czytelnika. To duża odpowiedzialność, zwłaszcza w przypadku tak ważnej autorki jak Gornick.

Gdybym jednak miał wskazać jedną rzecz, która w czasie pracy nad Przywiązaniami stanowiła dla mnie największe wyzwanie, byłaby to chyba trudność, jaką tłumacz często napotyka w literaturze pięknej: trudność odtworzenia w polszczyźnie osobnego głosu narratorki. Książka Gornick od początku wydała mi się napisana bardzo pieczołowicie, z wielkim wyczuciem formy. Jak oddać tembr i nastrój tej starannie skomponowanej opowieści, jak zachować wszystkie jej walory literackie, rytm i urodę zdań i akapitów? I jak bardzo w imię tych walorów wypada się oddalić od litery oryginału?

Zdziwiłem się, przeczytawszy w amerykańskiej recenzji sprzed kilkudziesięciu lat, że Gornick operuje niewyszukanym językiem. Myślę, że ta prostota jest pozorna. Tłumacząc gęstą, treściwą prozę Gornick, czułem się nieraz prawie tak, jakbym przekładał poezję. Tekst w różnych miejscach stawiał opór, wymagał wielu podejść i szlifów. Uważam, że Gornick, jak wiele dobrych pisarek i pisarzy mających coś ciekawego do powiedzenia, trochę sobie pomaga, delikatnie hipnotyzując czytelnika frazą. Mam nadzieję, że Przywiązania zachowały swoją hipnotyczną moc również w polskim przekładzie.