Kategorie
Blog

Posłowie Piotra Pazińskiego do „Świetlistej republiki”

W jednym ze swoich późnych, pisanych na fali wydawniczego sukcesu opowiadań Bruno Schulz proklamował „republikę marzeń”. Była to, a właściwie miała być, bo upływ czasu sprawił, że nie powstała, samowystarczalna dziecięca kraina, ulokowana wśród przyrody na peryferiach prowincjonalnego miasta, w której, po odsunięciu dotychczasowych praw i konwenansów, zapanowałby twórczy żywioł nieskrępowanej wyobraźni, duch opowieści i powszechnego braterstwa. Dla garstki małych mieszkańców leśna republika miała stanowić bezpieczny azyl i szkołę życia. Byłoby to życie alternatywne, biegnące, gdyby tylko okoliczności pozwoliły, inną koleiną niż ta, którą zazwyczaj szykuje dla nas dorosłość. Marzenie się nie ziściło, jak i wiele innych wyobrażonych utopii. Powiedziane jest jednak, iż „żadne marzenie, choćby nie wiedzieć jak absurdalne i niedorzeczne, nie marnuje się we wszechświecie”, w każdym bowiem zawarty jest „jakiś głód rzeczywistości, jakaś pretensja, która zobowiązuje rzeczywistość, rośnie niedostrzegalnie w wierzytelność i w postulat, w kwit dłużny, który domaga się pokrycia”. Kwit można podrzeć i podeptać, ale dług zostaje.

Świetlista republika z powieści Andresa Barby, napisanej po hiszpańsku przez autora, który o Schulzu być może słyszał (a na pewno bywał z nim porównywany przy okazji innej swojej książki), ujawnia podobieństwa do republiki marzeń. Czy dziecięca wspólnota ukryta w gąszczu otaczającym fikcyjne latynoamerykańskie miasto San Cristóbal, demokratyczna republika wyposażona we własny język i własne, nieczytelne dla dorosłych prawa, nie jest czymś w rodzaju zrealizowanej Schulzowskiej utopii? Czy siłą napędową republiki wymyślonej przez Barbę nie jest aby marzenie o innym, lepszym życiu? Wszystko to prawda, jednak jej geneza jest inna, co stawia ją w opozycji do tamtej. Niedoszłych twórców republiki marzeń napędzał zew poezji i przygody; świetlista republika wzięła się nie z olśnień i zadziwień, ale z biedy i wykluczenia. A to wielka różnica. Tyle że: czy bieda i wykluczenie uniemożliwiają poezję? Czy zakazują olśnienia?

Opowiadana po latach historia dzieci z San Cristóbal jest w gruncie rzeczy prosta, nawet jeśli narrator, uczestnik tamtych wypadków, pracownik pomocy społecznej, otwiera ją zastrzeżeniem, że ma kilka różnych wersji wydarzeń, którymi gotów podzielić się zależnie od wieku słuchacza. Oto pewnego dnia w prowincjonalnym mieście pojawiają się nieznane dzieci. Nie należą do żadnego z okolicznych indiańskich plemion, nie wywodzą się z miasta ani z selwy, są zaniedbane i zabiedzone (nawet jak na standardy miejscowej, instytucjonalnej biedy), ale przede wszystkim obce. Stworzenia nie z tego świata. Przybyłe znikąd, wyswobodzone z rąk porywaczy albo zbiegłe z odległych prowincji kraju, opanowują senne i nijakie miasto niczym duchy. Widziane to tu, to tam, wyraźnie wygłodniałe, dokonują drobnych kradzieży, wpierw błahych i niewinnych, potem coraz zuchwalszych (napad na supermarket kończy się morderstwem), ale przede wszystkim rozpalają wyobraźnię statecznej peryferyjnej klasy średniej, a w szczególności ich grzecznych latorośli. W krótkim czasie dzieci z lasu gruntownie destabilizują mieszczański ład, obnażają nieudolność i głupotę lokalnych władz, sieją ferment i strach. Łatwo się ich bać: mówią w nieznanym narzeczu, nie stronią od przemocy, w przeciwieństwie do „oswojonych” indiańskich nędzarzy są wyniosłe, inne, na swój sposób samowystarczalne. Nieoswojone, co znaczy: irytująco nadliczbowe i zdecydowanie niepotrzebne.

Już na początku dowiadujemy się, że wszystkie od dawna nie żyją. Informacja ta, podana przez narratora w pierwszym zdaniu powieści, nie niszczy suspensu. Ona go wywraca na nice. Fakt, że dzieci (trzydziestka dwójka) poniosły śmierć (jaką?), perfidnie potwierdza zbiorową halucynację: dzieci już nie ma. Może ich nigdy nie było? Chętnie przystalibyśmy na taką ewentualność – czy nie uwolniłaby nas od przykrych wyrzutów sumienia? Nic z tego. Rzeczywistość, pisze narrator, jest nieubłagana. Tak jak dzieci istniały, choć nie były naszymi dziećmi, tak samo ich krótkie życie przerwała śmierć. I nie była to śmierć, którą chętnie przyjęlibyśmy do wiadomości – nawet jeśli dzięki niej miasto pozbyło się palącego problemu, a życie w nim mogło powrócić w stare koleiny. Właśnie w stare koleiny, bo przecież, oto jeden z morałów powieści, nie da się powiedzieć, że po całej historii San Cristóbal nie jest takie jak przedtem. Owszem, jest. A wręcz się rozwinęło i wzbogaciło.

Owo „jest” osadza powieść Barby w teraźniejszych realiach społecznych. I faktycznie, da się z pożytkiem czytać jego książkę jako opowieść o meandrach polityki lokalnej (której narrator był przed laty aktywnym uczestnikiem, co każe ostrożnie traktować jego prawdomówność), o zarządzaniu strachem czy o głupocie prasy, nieodpowiedzialnie podsycającej narastającą histerię. Albo o ludzkim lęku wobec nieznanych i obcych. Albo o bezradności intelektualistów, specjalistów od konfliktów społecznych i antropologów. Albo jako przyczynek do historii przemocy. Zręczny, wciągający reportaż, tu i ówdzie poprzetykany filozoficznymi refleksjami narratora, którego pointę poznajemy na początku. Tyle że Barba napisał coś więcej. Stworzył książkę o tajemnicy. Nie wiemy i nie dowiemy się, kim są dzieci, nie pojmiemy ich języka; ich tajemnicze rytuały, wytworzone przez trzydziestkę dwójkę artefakty kultury pozostaną dla nas zagadką, równie dręczącą i nieosiągalną jak miejsce, gdzie ukryły się w lesie. O dzieciach wiemy tylko tyle: ich pojawienie się uczyniło z nich wrogów naszego ładu.

„Trzydziestka dwójka, utraciwszy swoją »realność«, zmieniła się w doskonałego potwora, chociaż ten potwór straszył bardziej w nocnych koszmarach dorosłych niż dzieci”. W potworze wszystko jest dziwne i niesamowite: jego rozproszenie i nieuchwytność, jego gniew. A zwłaszcza stan dzikości, który okazuje się tak atrakcyjny dla „normalnych” dzieci, tych szykowanych do wejścia w społeczeństwo. Fakt, że trzydziestka dwójka przejęła władzę nad fantazją młodego pokolenia sankrystobalczyków, że wskazała im, gdzie jest wolność, albo tylko możliwość wolności – budzi przerażenie. Może dlatego bardziej niż erupcji przemocy – choć dziecięca przemoc, czego Barba nie ukrywa, jest tu realna, jak zresztą przemoc państwa, które w końcu zdławi dziecięcą rebelię – dorośli mieszkańcy San Cristóbal panicznie boją się atrakcyjności świetlistej republiki. I bynajmniej nie idzie wyłącznie o ryzyko demoralizacji naszych milusińskich. Idzie o nas samych. Czy dzieci z lasu nie przypominają o czymś? Czy nie wywołują wypartej tęsknoty za innym życiem?

Jakie to życie? Po trosze już powiedzieliśmy: idzie o społeczną utopię. Cóż takiego zrobiły leśne dzieci? Powołały własną, niezależną od społeczeństwa wspólnotę – na przekór konserwatywnym ideom hierarchii, ładu i posłuszeństwa, które tak często przeradzają się w bezduszność i znieczulicę. Utopię z własnym językiem i kulturą, bez przywódcy, zrodzoną z rozpaczy i braku perspektyw, z przeczucia i z marzeń o lepszym świecie. Pokazały, że ludzie mogą organizować się samorzutnie i świadczyć sobie pomoc. I że nad człowiekiem nie powinna ciążyć przemoc. Nazwijmy ją wspólnotą anarchistów, choć dzieci z pewnością nazwały ją po swojemu. Ów niebezpieczny dla okrzepłego ładu, wichrzycielski duch utopii musi zostać zmiażdżony, jakby sama możliwość pomyślenia innego porządku (czy raczej nieporządku) stanowiła zagrożenie dla społeczeństwa, dla władzy, dla uśpionej zbiorowej nieświadomości.

Barba, co udowodnił w innych swoich powieściach, umie pisać o dzieciach. „Książki – mówił w jednym z wywiadów – ukazujące dzieciństwo w stanie niejako nagim, z dala od świata dorosłych, od ich spojrzeń i nadzoru, mają zazwyczaj w sobie coś niesamowitego. Uważa się, że są podejrzane, niemoralne albo wręcz perwersyjne, zwłaszcza gdy traktują o przemocy dzieci pozbawionych opieki, żyjących w strasznych warunkach. Pisarz musi być gotów ponieść ryzyko”. Barba jest gotów. Jego dzieci, nieżyjąca od dawna trzydziestka dwójka, która prześladuje narratora, faktycznie żyją z dala od świata dorosłych i bywają zmuszone do przemocy: „W Świetlistej republice przemoc wychodzi od dzieci głęboko skonfliktowanych z resztą społeczeństwa”. Przyznawszy to i obarczywszy dorosłych odpowiedzialnością za tragedię dzieci, Barba nie waha się ukazać mrocznego rewersu dziecięcej republiki. Być może, powiada, i nie jest to myśl szczególnie oryginalna, również i ona skazana była na klęskę, jak wszystkie polityczne utopie. Gdyby dzieci nie zginęły, czy także wśród nich nie wytworzyłyby się naturalne hierarchie, wynikające z różnic wieku, z dojrzewania, z rywalizacji? Czy nie pojawiłaby się pokusa władzy? Tam, gdzie zaczyna krystalizować się ład, zdaje się mówić Barba, zanika poczucie pierwotnej wspólnoty. Pojawia się struktura, a wraz z nią instytucjonalna przemoc. Dziecięca arkadia z nagła przechodzi w fazę dorosłości. Tyle że: czy podziemna republika była kiedykolwiek arkadią? Oto kolejna rzecz, której nie wiemy.

I kolejna pułapka, którą zastawia na nas Barba: „jego” dzieci nie mówią własnym głosem. Doświadczamy ich obecności, poznajemy ich czyny, podążamy ich śladami, widzimy ich śmierć, ale one same pozostają dla nas nieme, nie tylko dlatego, że rozmawiają między sobą w niezrozumiałym narzeczu. Ich własnej narracji nie poznamy nigdy. Dziecięca republika została opowiedziana przez narratora jego językiem i przedstawiona nam w jego interpretacji. Także jej przedziwne świetliste ruiny, ukryte głęboko pod ziemią, oglądamy dorosłymi oczami. Światłość podziemnej wspólnoty, przeciwstawiona społecznym mrokom panującym na powierzchni. Na pierwszy rzut oka alegoria wydaje się nazbyt domknięta, zbyt oczywista, ale na domknięciu zasadza się jej przewrotna siła. Wepchnęliśmy rozwichrzony, martwy już świat dziecięcych marzeń w nasze własne kategorie. Czy w ten sposób nie zginął po raz drugi?